Street według Andrzeja Pilichowskiego-Ragno

Andrzej Pilichowski-Ragno – artysta fotografik, ilustrator, członek Związku Polskich Artystów Fotografików, laureat wielu konkursów, autor niezliczonych wystaw krajowych i zagranicznych.

Jak to się wszystko zaczęło? Czy fotografia streetowa jest z Tobą od zawsze?

To jest taka klasyczna historia z aparatem od ojca, która powtarza się chyba we wszystkich biografiach fotografów. 

Był to Rollei 35, którym zrobiłem dosłownie kilka zdjęć i rzuciłem go gdzieś w kąt. Tak naprawdę dopiero kilka lat po studiach poważniej zacząłem zajmować się fotografią. Zrobiłem sobie w domu ciemnię, zacząłem chodzić na kurs fotografii na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie przez dwa lata pod okiem Profesora Łagockiego, zajmowałem się głównie portretem i aktem.

Dość długo trwałem przy tych dwóch gatunkach fotografii, ale w międzyczasie, przy okazji różnych sesji z modelkami, zacząłem robić jakieś zdjęcia przypadkowe. Robione były przy okazji, nieustawiane, gdzieś na boku. Po jakimś czasie zauważyłem, że z tego zaczyna tworzyć się zupełnie nowa historia. Fotografia, na którą nie do końca miałem wpływ – tak jak przy sesjach z modelami – była chyba początkiem mojego fotografowania streetowego. Rola przypadku, nieprzewidywalności, zaczęła być dla mnie szalenie ważna i tak to poszło w tym kierunku. Aktualnie większość niekomercyjnych zdjęć, które wykonuję ma w sobie ducha fotografii streetowej.

Trochę uprzedziłeś moje pytanie dotyczące dziedzin twórczości fotograficznej, w których się poruszasz. Oprócz fotografii ulicznej zajmujesz się również aktem, portretem, ilustracją…

Aktem już się nie zajmuję. Fotografia portretowa, to około jednej piątej mojej działalności komercyjnej. Natomiast najważniejsza, bo wypełniająca połowę mojej twórczości i bardzo mnie wciągająca, jest ilustracja robiona fotograficznie.
Za pomocą aparatu fotograficznego wykonuję ilustracje do książeczek dla dzieci i pism dziecięcych. Trudno to nazwać fotografią, bo aparat jest tu tylko narzędziem rejestrującym układane na odpowiednim tle sceny, ale jednak. Finalnym produktem jest fotografia.

Fot. Andrzej Pilichowski-Ragno

Czyli fotografia streetowa to działanie non profit wyłącznie zaspakajające Twoje potrzeby artystyczne?

Tak, właśnie tak to wygląda. To jest pozostała część mojej twórczości, pochłaniająca mnie od kilkunastu lat. To jest to, co pokazuję w publikacjach i na wystawach.

A czym jest dla Ciebie fotografia streetowa?

Pojęcie fotografii streetowej jest dość mylące. Albo jest bardzo szerokie i obejmuje wszystko, co związane z przypadkiem, z czymś, co nieustawiane, surowe, chwilowe albo z czymś, co dzieje się wyłącznie na ulicy. 

Nie lubię określenia „street”, ale sam go używam dla uproszczenia. To, co fotografuję i co mnie interesuje, to przestrzeń miejska –  to, co się dzieje z ludźmi w tej przestrzeni, to, co dzieje się ze światłem, kolorem, fakturą, różnego rodzaju interakcje i historie, które powstają w wyniku krzyżowania się relacji między tymi pojęciami. Ale ta moja fotografia streetowa nie jest fotografią dokumentalną. Bardziej pokazuję w niej moją reakcję na rzeczywistość, niż dokumentuję otaczający mnie świat. 

Fot. Andrzej Pilichowski-Ragno

Co Cię pociąga w streecie?

Przede wszystkim przypadkowość. Nigdy nie jestem pewien, co mnie spotka w procesie tworzenia. To jest fascynujące,
a jednocześnie jest to też ogromne wyzwanie.

Bardzo lubię stan skupienia, w którym się znajduję podczas tzw. streetowego fotografowania. Zaczynam zauważać więcej rzeczy, wyłączam się z rzeczywistości, aby jak najlepiej wykorzystać miejsca i sytuacje, w których się znajduję.

Udane zdjęcia, które powstają w trakcie takiej pracy to rodzaj takich małych podarunków od rzeczywistości. Zawsze traktuję to, jako coś dobrego, bo nie zawsze końcowy rezultat jest moją zasługą. Street jest nieprzewidywalny. W każdej chwili może zacząć się coś dziać, co będzie godne zarejestrowania. Street potrafi otworzyć oczy na sytuacje, rzeczy, światło, których dotąd nie dostrzegaliśmy. Ogólnie fotografia uliczna otwiera. Bardzo dużo nowych rzeczy zaczyna się odczuwać w tym stanie koncentracji. Wiele nowych rzeczy się wydarza w sensie dosłownym jak i tym wewnętrznym.

Bezinteresowność fotografii ulicznej również jest dla mnie ogromnym atutem. Fotograf uliczny jest takim Flaneurem Baudelaira. Artystą i obserwatorem. Spacerując chwyta nieoczekiwane sytuacje, wrażenia i sceny, nie oczekując nic
w zamian. Przeżywa i opowiada świat zdjęciami.

A odczuwasz czasami znużenie?

Ogromne!  Bo to jeden z najtrudniej przynoszących satysfakcję rodzajów fotografii. Zdany jestem na to, co przyniesie los i na to, co zdołam zobaczyć. Jeśli idę zrobić portret to wiem, dokąd idę i kogo będę fotografował. W streecie nigdy nie wiem, nad czym będę pracował. Fotografia uliczna uczy pokory i wymaga ogromnych pokładów cierpliwości. 

Fot. Andrzej Pilichowski-Ragno

Decydujący moment, czy decydujące miejsce?

Chyba ani jedno, ani drugie (śmiech). Decydujący moment jest ważny, ale nie fundamentalny. Przynajmniej w moim fotografowaniu. Część z moich zdjęć na pewno nie powstałaby gdyby nie szybka reakcja, ale często zdarza mi się dłuższą chwilę zastanawiać nad ujęciem, więc na prawdę nie jest to aż tak ważne. 

Czy miejsce jest decydujące? Miejsce jest ważne o ile przynosi inspirację. Na pewno jaśniej i mniej rutynowo patrzy się
w nowych miejscach, ale też wydaje mi się, że można zrobić dobre zdjęcia nie ruszając się z domu. Ten świat, który mamy opatrzony w dalszym ciągu oferuje nam kolosalne możliwości.

No właśnie tutaj są dwie szkoły. Jedna mówi o tym, że sfotografować dobrze możemy tylko swoje otoczenie
i że fotograf zaznajomiony z tą znaną sobie przestrzenią dostrzega rzeczy, których inni nie widzą. A druga mówi o tym, że jeżeli ktoś już jest w tej przestrzeni bardzo długo to staje się ona dla niego tak powszednia, że nie dostrzega jej atutów. 

Chyba jest jeszcze inaczej. W fotografii ważny jest moment iluminacji, zachwytu i unikanie rutyny. Niezależnie czy temat fotograficzny się zna czy też jest czymś zupełnie nowym, należy do niego podejść ze świeżym umysłem i ciekawością. Umiejętność zobaczenia na nowo i unikanie własnych schematów prowadzi do powstania nowej jakości. Bez takiego podejścia po prostu powielamy samych siebie. 

Każde zdjęcie powinno być próbą przekroczenia tego, co się do tej pory stworzyło. Tylko tak można się rozwijać. Aczkolwiek bardzo trudno jest wyjść po za ramy, w których tworzymy. To jest umiejętność, którą posiadają nieliczni.

Fot. Andrzej Pilichowski-Ragno

Jak postrzegasz współczesną fotografię streetową?

Mam pewien kłopot ze współczesnym streetem. Wydaje mi się, że zgubiła się idea, która wyraźnie była widoczna
w fotografiach takich mistrzów jak Bresson, Robert Doisneau, Robert Frank czy Garry Winogrand i pozostał sam obraz. Pod spodem nie ma już historii, tak w poszczególnych zdjęciach jak i w całych narracjach. Są to zdjęcia bardzo efektowne, czasami zabawne, dobrze skomponowane, ale niezmuszające do myślenia, niewzbudzające żadnych uczuć, nieporuszające żadnego konkretnego wątku. Tej dobrej, ambitnej fotografii ulicznej jest aktualnie bardzo mało. 

Prowadzisz warsztaty fotografii ulicznej. Co starasz się na nich przekazać?

Przede wszystkim zmiana nawyków. Zawsze sugeruję zmianę obiektywu na stałoogniskowy 35 mm, ustawienie dużej przysłony i ostrości na hiperfokalną. Dla osób przyzwyczajonych do fotografii, jako procesu wypełnionego przygotowaniami jest to duża zamiana. A ja przez to chcę im pokazać, że fotografia uliczna to w większości przypadków moment, spojrzenie, synchronizacja ręki z okiem. Olśnienie i reakcja, a nie kontemplacja.

Druga rzecz to obserwacja. Staram się uczulić swoich kursantów na to, co dzieje się dookoła, na rzeczy, których do tej pory nie dostrzegali. Generalnie staram się ich otworzyć i wzbudzić w nich ciekawość świata.

Uczymy się również przewidywania niektórych zdarzeń i trików, które pomagają w fotografowaniu na ulicy. Mówimy również o pewnego rodzaju etyce fotografa ulicznego oraz o tym, co wolno, a czego na pewno nie powinno się robić.

Fot. Andrzej Pilichowski-Ragno

Zahaczyliśmy trochę o technikę, więc dwa słowa o sprzęcie. Co najbardziej lubisz, czego używasz w fotografii ulicznej?

Używam wielu różnych aparatów. Nie mam żadnej ulubionej marki czy typu aparatu. Mam lustrzankę cyfrową, którą jak się okazuje robię zdjęcia kolorowe. Z tym aparatem używam wielu różnych obiektywów, eksperymentuje i w tym przypadku jestem daleki od streetowej klasyki.

Oprócz tego, fotografuję analogową Yashicą 35, Minoxem 35GT i bezlusterkowcem Fujifilm. Tutaj ogniskowe oscylują między 35 a 50 mm i znakomita większość zdjęć, które powstają jest czarnobiała. Nie ma to żadnego sensownego uzasadnienia, ale zauważyłem, że tak właśnie jest. 

Jak wspomniałem wcześniej, nie mam żadnego ulubionego aparatu, nie używam jakiś specjalnych technik, aparat jest tylko narzędziem do rejestracji tego, co powstało w mojej głowie lub co przyniósł los. 

Wyobrażasz sobie życie bez fotografowania?

Nie, nie wyobrażam sobie. Błogosławię fotografię za to, że dzięki niej nigdy się nie nudzę.

Fot. Andrzej Pilichowski-Ragno

Cały czas fotografujesz?

Cały czas patrzę, obserwuję i myślę o kadrze, o świetle, o tym, co może za chwile nastąpić, a to mi sprawia kolosalną frajdę.
Ta umiejętność obserwacji rzeczywistości, ta uważność, którą się nabywa fotografując sprawia, że cały czas opowiadam sobie ten świat nowymi obrazami.

O fotografii streetowej z Andrzejem Pilichowskim-Ragno rozmawiał Marcin Pycha

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *