ŚWIAT JEST KOLOROWY – Rozmowa z Tymonem Markowskim

Fot. Tymon Markowski

Nie robisz już czarno-białych zdjęć? Kiedyś robiłeś.

To nie jest tak, że mam jakąś niechęć do czarno-białej fotografii. Natomiast dużo więcej mogę przekazać na zdjęciach ulicznych, gdy operuję kolorem. Do niego jestem przyzwyczajony. Mogę posłużyć się kolorowymi zestawieniami, żeby przedstawić jakiś interesujący obraz. Fotografia czarno-biała bardziej kojarzy mi się z fotografią emocjonalną. 

Kiedyś wykorzystywałem czerń i biel w moich zdjęciach, nawet w całych reportażach – choćby w reportażu o Ekstremalnej Drodze Krzyżowej, którą fotografowałem w nocy. Ta czerń i biel nadawała dodatkowy wydźwięk tym zdjęciom.

To wszystko wokół nas jest tak kolorowe, nasycone (szczególnie latem), więc myślę sobie: czemu by z tego nie skorzystać?

Zrobiłeś ostatnio jakieś czarno-białe zdjęcie?

Nie pamiętam żebym robił ostatnio zdjęcia z myślą, że będą czarno-białe. Ale rzeczywiście jest tak, że już robiąc zdjęcie ma się w głowie zamysł, jaka może być ostateczna forma. U mnie ta forma jest domyślnie kolorowa. Nie tak dawno nawet odkopałem starą fotografię z psami w samochodzie i przywróciłem jej kolor, bo stwierdziłem, że tam kolor ma więcej sensu. To zdjęcie pasuje teraz bardziej do całokształtu tego, co robię.

Fot. Tymon Markowski

Zdjęcia uliczne na swojej stronie dzielisz kolorami. Kolor ma dla Ciebie duże znaczenie?

Ma znaczenie. Sam sposób wyboru zdjęć „pod kolor” do mojego portfolio spowodowany jest tym, że zauważyłem powtarzalność pewnych kolorów. W taki sposób podszedłem też do edycji. Był to zabieg, który zastosowałem celowo, by portfolio prezentowało się choć trochę inaczej niż standardowe portfolia, które można zobaczyć w Internecie. Lubię łączyć ze sobą zdjęcia za pomocą kolorowych elementów, taką technikę pokazuję też uczestnikom warsztatów, które czasami prowadzę.

Fotografując kierujesz się kolorem?

Właśnie nie. Wolę zwrócić uwagę na gest, na kompozycję, na to jak układają się elementy w kadrze. Kolor jest tylko dodatkiem. Oczywiście nie można go pomijać, bo zestawienia pewnych kolorów są lepiej odbierane przez widza, a inne kolory gryzą się ze sobą dość mocno. Nie kolor jest moim podstawowym wyborem, ale ma znaczenie.

Swoje uliczne zdjęcia poddajesz postprodukcji?

Poddaję postprodukcji wszystkie zdjęcia, które robię. Chyba nigdy nie upubliczniłem zdjęcia, które nie byłoby poddane postprodukcji. Uważam to za podstawową czynność, która prowadzi do tego, żeby zdjęcie wyglądało ostatecznie tak jak tego chciał autor – od początku do końca. Uważam, że zdjęcie powstaje w dwóch etapach – w aparacie i postprodukcji. To, jak duży jest udział procentowy każdej z tych części jest zależne od podejścia twórcy. Czasami jest tak, że zrobię zdjęcie które w zasadzie niczego więcej nie potrzebuje, ale mimo to poprawię jakiś drobiazg, choćby przekadruję o kilka pikseli. Mam taką pewną potrzebę dążenia do perfekcji. Zwracam mocno uwagę na detale w tle, które można kadrowaniem wyciąć ze zdjęcia. Ale mówiąc o postprodukcji nie mam na myśli kompletnego przerabiania zdjęcia w Photoshopie. Ograniczam się do podstawowych narzędzi w Lightroomie. Chodzi o to, żeby doprowadzić zdjęcie do takiego stanu, jaki pojawił się w mojej głowie już podczas jego tworzenia. Bardzo złą sytuacją jest to, jeśli fotograf próbuje nadmierny nacisk położyć na postprodukcję w momencie, gdy nie ma na zdjęciu treści. 

Mocno ruszasz kolory w postprodukcji?

Praktycznie nigdy nie używam suwaków nasycenia. Kolory, które są na moich zdjęciach, są kolorami, które zastałem. Zamienianie kolorów na zdjęciach uważam za przekroczenie granic, coś niedopuszczalnego. 

Fot. Tymon Markowski

Uważasz się w tej chwili za streetowca, czy bardziej fotoreportera?

Ja jestem typem człowieka, który potrzebuje nazywania rzeczy po imieniu, żeby osiągnąć jakiś porządek w swojej głowie. Bardzo długo próbowałem sam siebie wpychać w konkretną kategorię. Teraz mam do tego większy dystans.

Pewne określenia pasują do mnie lepiej w różnych okresach. Teraz uważam siebie za fotografa ulicznego. To jest coś na czym w tym i poprzednim roku najbardziej skupiam swoją działalność, w co najbardziej jestem zaangażowany. Gdy pierwszeństwo u mnie miało tworzenie materiału do książki „Flow”, można było mnie wsadzić w szufladę fotografa dokumentalnego. Gdy pracowałem dla prasy, byłem fotoreporterem. 

W bardzo dużym stopniu uogólnienia, to czym się zajmuję to fotografia dokumentalna, która w sobie zawiera w różnych okresach różne jej odmiany – fotoreportaż, fotografię uliczną, czy dokument jako taki.

Swoje zdjęcia uliczne często opierasz na żartach. Dlaczego idziesz w tym kierunku?

Wydaje mi się, że to co wynika ze zdjęć jest trudno zaprogramować, bo akurat taką mamy ochotę. Wierzę, że przez zdjęcia wychodzi natura człowieka – to jak patrzy, jak się zachowuje, jaki jest. Ja uważam siebie za człowieka z poczuciem humoru, dystansem do siebie, uwielbiam komedie, standup, ciężki humor. Żaden żart nie jest dla mnie przesadzony. Potrafię się śmiać z wielu różnych rzeczy. Wydaje mi się, że podświadomie tego szukam na swoich zdjęciach. Polska daje fantastyczne pole do tego by takie różne, ciekawe i śmieszne niuanse wyłapywać. Nie robię tego z zamysłem wyśmiewania. Bardzo często autentycznie wpadam w podziw. Jeżeli coś przyciągnęło moją uwagę, to znaczy, że mnie zainteresowało i chcę się dowiedzieć o tym czegoś więcej, a także pokazać to innym. Niektóre zdjęcia to właśnie taka próba opowiadania o Polsce, a inne to zwykłe eksperymenty, zabawa elementami i kompozycją, puszczanie oka do widza.

Twoje zdjęcie z najcięższym dowcipem…

Krowa prowadzona w tym samym kierunku, w którym wskazuje strzałka pod znaczkiem McDonald’s zawieszona nad jej głową. 

Komentarze, które widziałem w Internecie pod tym zdjęciem, świadczą, że budzi ono bardzo poważne emocje i wcale nie jest lekkie i przyjemne w odbiorze. Ludzie zabierają głos na temat wegetarianizmu i ochrony zwierząt. Nie robiłem go w celu wzniecenia debaty, dla mnie to po prostu zabawny komentarz do naszego życia.

Traktujesz ten humor jako jakąś odskocznię od poważniejszej dokumentalnej pracy?

Gdy byłem reporterem, fotografowałem dużo przykrych, smutnych wydarzeń. I paradoksalnie, choć dostawałem za nie nagrody w konkursach fotoreporterskich, choćby za zdjęcia z przejścia trąby powietrznej kilka lat temu, to gdzieś tam to zostawiło jakieś piętno. Może rzeczywiście chęć poszukiwania i mierzenia się z pozytywnymi rzeczami, fotografowania z pozytywnym podejściem jest swojego rodzaju odskocznią.  

Od kilku lat nie zajmuję się już tematami reporterskimi. Staram się utrzymywać pozytywne nastawienie do życia i chciałbym mieć takie idąc na zdjęcia. Nie chcę nikomu tymi fotografiami nigdy zrobić przykrości, czy krzywdy. Nawet jeśli jest to jakaś prześmiewcza obserwacja, albo nie do końca tak ujęty temat, jak chciałby tego sam człowiek na zdjęciu, to zawsze staram się mieć pozytywne intencje. Gdy ktoś nie chce by mu robić zdjęcie, albo zgłasza pretensje, wolę skasować zdjęcie. Nie działam w złej wierze wychodząc na ulice i łapiąc za aparat. I to oświadczenie jeszcze parę lat temu wydawałoby się śmieszne, ale w dzisiejszych czasach jest konieczne. Uważam, że brukowce i styl pracy paparazzi zraziły ludzi do fotografów na ulicy. Ważne jest, by każdy z nas przywracał swoim zachowaniem i czynami dobry wizerunek miejskim fotografom.

Powiedziałaś kiedyś, że dokumentowanie Polski jest dla Ciebie ważne. Streeta też traktujesz jako dokumentowanie naszego kraju?

Tak, to z pewnością jest dokumentowanie polskiej rzeczywistości. Pytanie, na ile fotograf sam jest tego świadomy. W krótszej perspektywie, to zawsze są pojedyncze zdjęcia tego co tu i teraz, natomiast dokument, który pokazywałby Polskę 2019 ujawni się z tych zdjęć dopiero za kilkadziesiątlat. Wierzę, że fotografowie uliczni pełnią rolę dokumentalistów – takich momentów, na jakie nie mają zleceń fotoreporterzy.

Fotografowanie ludzi w życiu codziennym, przechodniów na dworcach i przystankach, naszej potrzeby do ozdabiania swoich domów i ogródków, czy też architektury w mniej lub bardziej zakombinowany sposób, to cały czas jest dokumentowanie tego, co nas otacza. Trudno nam w tym momencie to docenić, bo te fotografie wydają się takie zwykłe i nudne,ale wierze, że te zdjęcia obronią się w przyszłości. 

Fot. Tymon Markowski

Skąd w ogóle wziął się u ciebie street?

Pamiętam, że od momentu, gdy poznałem czym jest street, od razu chciałem to robić. Byłem wtedy początkującym fotoreporterem. W gazecie musieliśmy codziennie przynieść jedno niezobowiązujące zdjęcie z ulicy, które nie byłoby żadnym tematem gazetowym. Pamiętam, że redaktor kierujący działem bardzo nas gonił byśmy nie zapominali o tym obowiązku. Często trzeba było szukać klatek z życia miasta na siłę między tematami. 

Sytuację utrudniał fakt, że starsi koledzy na zlecenia jeździli samochodami i trudno było im takie zdjęcia przynieść.  Ja jako początkujący fotoreporter jeździłem komunikacją miejską, chodziłem dużo po mieście, więc na mnie najczęściej spadał obowiązek by te zdjęcia z życia miasta dostarczyć. Później ta idea umarła, ale ja cały czas miałem potrzebę by po ulicach chodzić i docierać do zwykłych, codziennych sytuacji. Pamiętam, że miałem w sobie żal, że chciałbym robić uliczne zdjęcia, ale nie mam na to czasu. Wraz ze stażem pracy miałem coraz więcej obowiązków i coraz mniej czasu na swobodne chodzenie po mieście. Ale ostatecznie jestem tu gdzie zawsze chciałem i prowadzę inicjatywę Street Photo Poland. 

Robisz wywiady, spotkania, fotospacery, dużo czasu poświęcasz teraz na fotografię uliczną?

Jest to wyłącznie kosztem mojego prywatnego czasu wolnego, ale ja żyję fotografią cały czas. Całe życie. Z radością poświęcam swój czas na to, co aktualnie bardzo mnie nakręca do działania.

Nie potrafię sobie zrobić przerwy od fotografowania. Fotografuję w pracy, a jak mam czas wolny to relaksując się też fotografuję. Zupełnie czym innym jest to, co fotografuję w czasie wolnym (najczęściej to street), czym innym to, co fotografuję, gdy realizuję projekt dokumentalny, jakąś moją dłuższą wypowiedź, a czym innym to, co mi zlecają w pracy. 

Inicjatywa Street Photo Poland pochłania prawie każdą moją wolną chwilę. Przeprowadzam wywiady z ciekawymi polskimi streetowcami, organizuję i prowadzę spotkania StreetMeet w Służewskim Domu Kultury, a także fotospacery Walk&Talk, w których często jestem współprowadzącym. Do tego planowanie, zapraszanie gości, zbieranie materiałów, ogarnianie socialmediów – dużo tego, jest to męczące, ale daje dużą satysfakcję. Dużo się dzięki temu uczę. Fajnie, że w 2019 roku udało mi się zrealizować tę wizję, głównie dzięki otrzymanemu na ten cel stypendium od m. st. Warszawy.

Jak robisz zdjęcia uliczne to robisz je przy okazji robienia innych rzeczy, czy to zawsze musi być wyjście na uliczne zdjęcia?

To jest śmieszne, bo nie jestem jak typowy fotograf uliczny, który zawsze ma aparat przy sobie. Nie wykształciłem sobie tego nawyku. Gdy pracowałem jako fotoreporter, to streeta robiłem wokół wydarzeń fotografowanych do gazety. Ostatnio na streeta wyjeżdżam w weekendy, najczęściej za granicę. Fajna sytuacja może cię zastać w każdym momencie. Bardzo dużo zdjęć przegapiłem, które wyszłyby zrobione aparatem, a telefonem nie do końca się udały.

Boli?

Przez pewien czas tak. Śmieję się wtedy z siebie, że co za fotograf uliczny ze mnie, skoro nie jestem gotowy, by tego streeta robić. Ja po prostu muszę mieć dobry dzień, dobry nastrój, żeby wyjść na ulicę i dać z siebie to, co najlepsze. Ja muszę sobie czas na fotografowanie wyznaczyć. 

Fot. Tymon Markowski

Kiedyś miałeś blog fotograficzny, na którym pokazywałeś zdjęcia „z potrzeby ekshibicjonizmu”. Sam to tak nazwałeś. Teraz masz profil na Instagramie i jest na nim sześć zdjęć. Coś mi tu nie gra…

Bloga prowadziłem 11 lat. Bardzo ceniłem, że to jest moje miejsce w sieci, które wygląda tak, jak chcę i gdzie wstawiam to, co chcę i jak chcę. Niestety fotoblogi wymarły i jeżeli ktoś teraz publikuje zdjęcia na fotoblogu, to i tak linki musi udostępniać w social mediach, bo nie ma w innym wypadku wizyt. Gdy pojawił się Instagram i po pewnym czasie stał się najpopularniejszym portalem dla fotografów, zrezygnowałem z bloga. Przeniosłem zdjęcia na Instagrama. Po jakimś czasem wpadłem na pomysł, prawdopodobnie w pogoni za zasięgami i like’ami, by mój profil stał się czymś w rodzaju dziennika, w którym codziennie coś będę publikował. W 2018 roku od poniedziałku do piątku publikowałem codziennie zdjęcia, w weekend odpoczywałem. To wymagało też dużej dyscypliny w wychodzeniu na streeta. Od lutego do grudnia trzymałem się tego postanowienia. Wypaliło mnie to kompletnie. Powiększyło to moją niechęć do socialmediów. W międzyczasie jeszcze wycofałem się z Facebooka. Ten intensywny rok na Instagramie sprawił, że od stycznia 2019 odechciało mi się publikować cokolwiek. Dotarło do mnie, że nie ma to żadnego znaczenia. W końcu skasowałem wszystkie zdjęcia. Poczułem się z tym bardzo w porządku. Nie czułem, że tracę archiwum, komentarze czy serduszka.

Jednak jako fotograf (twórca) mam tę potrzebę ekshibicjonizmu. Chcę pokazywać swoją pracę. Długo bez Instagrama nie wytrzymałem, bo jednak jest to najpopularniejsze miejsce. Wróciłem i opublikowałem sześć zdjęć „na dobry początek”. Ale już się dowiedziałem, że przez skasowanie wszystkich zdjęć, zapewne obcięto mi zasięgi. To przykre, że jestem karany za to, co robię na swoim prywatnym koncie i jak się wyrażam. To mnie zniechęca jako twórcę, więc kompletnie nie nastawiam się na nic. Chcę cieszyć się z procesu twórczego, a nie z procesu publikowania. 

Dziś Instagram jest modny, za dziesięć lat może go nie być. Świat się zmienia, fotografia zawsze będzie z nami. Zmieniają się tylko sposoby publikacji, więc nie powinniśmy się do nich przywiązywać.

Mówisz o niechęci do mediów społecznościowych. Co cię w nich odrzuca? Pogoń za like’ami?

Rozumiem potrzebę twórców – potrzebę bycia dostrzeżonym, potrzebę informacji zwrotnej. Mam tak samo przecież. Złe jest to, że dostajemy złudne poczucie możliwości dotarcia. Nie słyszałem jeszcze historii, żeby polski fotograf uliczny pojawił się na Instagramie i nagle jego kariera wystrzeliła na europejskie salony. Myślę, że te serwisy spełniają taką rolę, że osoby zainteresowane mogą po prostu siebie nawzajem śledzić. Ale jeżeli chcesz kogoś zainteresować swoją osobą, musisz zapłacić, więc ten serwis zarabia na Twojej chęci wypłynięcia na szerokie wody. Ale tego w żaden sposób nie gwarantuje. Nie pozwala nawiązywać poważnych relacji osobistych. Socialmedia wręcz je wypaczają. Możesz sobie podglądać co tam słychać u znajomych, a nawet z nimi nie rozmawiać. A ludzie bezrefleksyjnie wystawiają swoją prywatność na widok publiczny. Zaczynają kolekcjonować znajomych na Facebooku. Gdy odważyłem się usunąć dużą grupę znajomych, z którą nie rozmawiałem od kilku lat, dotarły do mnie głosy oburzenia – to pokazuje, jak zmienił się nasz sposób myślenia w dzisiejszych czasach. Kiedyś byłem aktywnym użytkownikiem Facebooka, teraz staram się zamieszczać tam jak najmniej informacji, ograniczając się do spraw zawodowych. 

Fot. Tymon Markowski

A samo to w jaki sposób ludzie oglądają zdjęcia na Instagramie Ci nie przeszkadza?

Wydaje mi się, że to forma skrojona do dzisiejszych czasów. Ludzie przeglądają zdjęcia głównie na telefonie, nie na komputerze. Dlatego w tych dwóch miejscach Instagram wygląda inaczej, moim zdaniem gorzej na komputerach.

Oczywiście świetnie byłoby pokazywać swoje zdjęcia na ścianach galerii w dużych odbitkach, ale wydaje mi się, że Instagram jako taki nie powinien być krańcowym sposobem prezentacji. To powinna być zajawka do tego, żeby po zdjęcia sięgnąć w innej formie – książki, wystawy, czy chociaż na stronę internetową twórcy, do portfolio stworzonego tak jak chce autor, a nie tak, jak pozwala mu aplikacja. 

Nad czym teraz pracujesz jako dokumentalista?

Zauważyłem, że w moich projektach dokumentalnych poruszam temat podróży. Wyznaczam sobie wycinek i go dokumentuję. Z punktu A do B. Najpierw było śródmieście Bydgoszczy, potem jeździłem wzdłuż rzeki Brdy, a teraz drugi rokjeżdżę po całej Polsce. Wybieram miejsca, które nazywają się tak, jak kraje na świecie. Tych miejsc jest ponad 150 w całej Polsce. To najczęściej wsie i przysiółki. Niektóre są bardzo trudne do znalezienia na mapie, niektóre w ogóle nie są oznaczone. Można powiedzieć przewrotnie, że odbywam podróż po świecie nie wyjeżdżając z Polski.

Będzie z tego książka?

To jest kolejny cel do zrealizowania, który sobie wyznaczyłem na 2020 rok.

_________________________________________________________________________

O kolorowym świecie i fotografii z Tymonem Markowskim rozmawiał Michał Matus

A zdjęcia Tymona znajdziecie na jego stronie: www.tymonmarkowski.com i na Instagramie: https://www.instagram.com/tymonmarkowski/

1 myśl na “ŚWIAT JEST KOLOROWY – Rozmowa z Tymonem Markowskim”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *